Mała Moskwa, czyli co mnie podkusiło…
Korzystając z DKF-u w Rialto postanowiłem przekonać się, czy “Mała Moskwa” rzeczywiście potrafi pozytywnie zaskoczyć (jako polska współprodukcja). I mimo wielu tak pozytywnych, jak i negatywnych głosów – bardziej skłaniam się w stronę tych drugich. Mimo że kilka rzeczy warto by było wyciągnąć na plus…

Tak, wiem – melodramat. Jednak mimo wszystko spodziewałem się bardziej ambitnego kina w polskim wydaniu. A tu już na samym początku można było się poczuć w “polskim ogródku filmowym”, kiedy przez pierwsze kilka slajdów zobaczyliśmy wszystkie instytucje, którym zapewne nie trzeba było płacić za pomoc w realizacji filmu. A dalej? Nieco lepiej. Nawet ciekawe zdjęcia, które miały unieść ciężar tej opowieści i stworzyć nastrój czasów, które w przypadku Dolnego Śląska da się odczuć jeszcze dziś.

Tak, pamiętam do dzisiaj radzieckich żołnierzy, którzy wieki temu zatrzymali się w sadzie obok mojego domu podczas ostatecznego opuszczania Małej Moskwy. Nie zapomnę ponurych i zdewastowanych koszarów, które wiele razy mijałem w Legnicy. I to trzeba temu filmowi przyznać – klimat dawnej Legnicy, która uginała przed wojskiem radzieckim, dało się w filmie odczuć. Szkoda, że tylko tyle.
Słaby scenariusz, który na siłę starał się stworzyć coś na miarę miłosnej legendy czasów, w których sowieckie imperium starało się kontrolować każdy element życia podległych obywateli. W tych warunkach miała zostać opowiedziana historia o wielkiej i niemożliwej miłości, która była skazana na tragizm i cierpienie.
A szkoda, że nie zrobiono z tego filmu bardziej ambitnego. Starającego się unikać patosu, a bardziej skupiającego na atmosferze tamtych czasów. I tak oto mamy łzawą historię na tle ciekawych wydarzeń, które w wielu momentach za bardzo zeszły na dalszy plan. Mamy scenariusz, który w końcowej części filmu sprawia wrażenie wręcz streszczenia romansu (sceny z udziałem Swietłany Hodczenkowej szybko przenoszą ją w różne miejsca, jakby koniecznie i szybko trzeba było przejść do rozwiązania akcji i pokazania grobu bohaterki po latach).

Szkoda, bo wyszedł z tego film koślawy. Z jednej strony starający się o wizualną stronę, a z drugiej strony – przewidywalny i nie potrafiący składnie opowiedzieć historii. Budujący ciekawy klimat dawnej Legnicy, ale i gubiący się w prowincjonalnym patosie, który raczej nie potrafi poruszyć.
Szkoda – czasu, uwagi i pieniędzy, które przelatują przez polskie kino głównie pozostawiając koślawe “produkcje roku”. A jeśli już ktoś uderzy wyżej i zdobędzie środki na zrobienie porządnego filmu – znowu wyjdzie z tego napompowany “Katyń”, który nabija sobie frekwencje gimnazjalistami, którzy “muszą obejrzeć ten ważny film, zamiast siedzieć na lekcjach”.
Warto obejrzeć, ale tylko wtedy, kiedy chcemy, żeby coś nas skutecznie uśpiło w ciężki i mroźny wieczór. W pozostałych sytuacjach warto, ale omijać szerokim łukiem.
Tagged as 2008, Legnica, Mała moskwa, polskie kino, Rialto + Categorized as Kinematograf, Raczej strata czasu

Łe, Marsel. Gadasz głupoty. To piękny film. Dawno nie widziałam filmu, który w tak subtelny sposób mówiłby o miłości czy pożądaniu czy czymkolwiek.
Nie jest to wielkie kino, ale piękna historia. Bardzo mi się podobała powściągliwa gra głównych aktorów. Sporo tu ciekawych postaci. Klimat czasów został oodany przejmująco. Dobry film.
A ja mam wrażenie, że polskie kino kisi się w resztkach patosu, który nie pozwala reżyserom oderwać się od historycznej rzeczywistości i zrobić coś “z niczego” – bez narzuconych faktów historycznych, z których robi się nam taki ładny ołtarzyk wielkiej i tragicznej, polskiej historii.